Zabójcza moc czarów z wysp
Eliza Ryszowska
Potrafią zadać chorobę, zabić na odległość, zniszczyć plony. Biali misjonarze, którzy docierali na wyspy Oceanu Spokojnego w ubiegłych wiekach, byli zdumieni grozą, jaką w każdej plemiennej społeczności budził czarownik. Tubylec, którego miejscowy szaman przeklął, z rezygnacją czekał na śmierć.
Przy czym wydawało się, że czarownik nie zrobił nic poza odprawieniem jakichś sobie tylko znanych, szczególnych obrzędów. Nie zranił „przeklętego" w żaden sposób, nie podsunął trucizny. A mimo to nieszczęśnik marniał w oczach i po kilku dniach umierał. Biali, wychowani w obcej kulturze, byli zupełnie niepodatni na rzucane czary. Po prostu nie wierzyli w nie - i w ich przypadku były nieskuteczne. Natomiast każdy mieszkaniec Pacyfiku dobrze wie, że przed czarownikiem nie ma ucieczki.
Szaman potrafi wszystko: zniszczyć udany połów, zbiory, zadać człowiekowi chorobę lub nawet go zgładzić. W tym celu wystarczy mu zaledwie kosmyk włosów, obcięte paznokcie czy fragment ubrania. Często też wykorzystuje schwytane zwierzę - choćby jaszczurkę, by zadawać ból. Wówczas podobne cierpienie odczuwa wybrany przez niego człowiek. Na Haiti wykonywano w tym celu laleczki z wosku albo drewna, zawierające fragment ciała ofiary (najczęściej włosy). Przekłuwano je szpilkami, a osoba, której wizerunkiem była lalka, cierpiała. Mieszkańcy wysp Pacyfiku wierzą w mana -świętą siłę tkwiącą w każdej rzeczy, roślinie, a także; zwierzęciu i człowieku. Czarownicy potrafią nią kierować - całkowicie zniszczyć lub sprawić , żeby obróciła się przeciwko innym.
Każdy szaman ma na swoich usługach złego ducha - na przykład zwierzątko. Pomaga mu on w praktykach, często śledzi ofiarę, prześladuje w snach. W manę wierzą również kanibale, którzy pożerając ciało zabitego wroga, dążą do przejęcia jego pierwotnej siły. Obecnie te dawne wierzenia wyparła narzucona tubylcom religia katolicka. Jednak nie do końca: w większości wyspiarskich wiosek praktykuje się je do dziś.
Źle skończyła się próba dostosowania kultury hawajskiej do amerykańskich wzorców - rytualne tańce są już tylko rozrywką dla turystów, a dawne tradycje zachowały się jedynie w legendach. Nie mogąc kultywować swoich zwyczajów, tubylcy tracą poczucie tożsamości, a ewentualną klęskę urodzaju czy tajfun przypisują potem zemście obrażonych bóstw. Nie sposób wytłumaczyć im, że bogowie nie mają nic wspólnego z pogodą. Na-tomiast tam, gdzie obrzędy katolickie udało się gładko połączyć z pierwotnymi, jak na Tahiti, bywa, że religijne uroczystości prze-radzają się w erotyczne tańce i orgię (ma ona sprawić przyjemność duchom, które w zamian zapewniają po-myślne zbiory). I mimo że misjonarze z ubiegłego wieku bardzo by się zgorszyli takim widowiskiem, dzisiaj mieszkający tu biali traktują to jako element folkloru. A najmądrzejsi spośród nich wiedzą, że nie należy nic zmieniać. Raz - bo szkodzi to trwałości kultury, która jest przecież dziedzictwem nas wszystkich. Dwa - ponieważ tubylcy, mieszkający na tych ziemiach od stuleci, nieraz mają rację. Kto lepiej od nich zna naturę Pacyfiku? A praktyki magiczne? Stosujemy je wszyscy, często nie zdając sobie z tego sprawy.
| < Poprzedni | Następny > |
|---|




