Wdzięczność cygańskiego króla
Andrzej
Tamten dzień pamiętam jak dziś. Było to na początku lat 70. Miałem nocny dyżur w szpitalu. Koło pierwszej zatelefonowano z dyżurki, bym zszedł na dół, bo przed bramą wejściową dzieje się coś dziwnego. Zaskoczony ujrzałem tam grupkę zdenerwowanych Cyganów. Podtrzymywali słaniającego się na nogach starca. Na jego marynarce widać było krew.
- Wejdźcie do środka - powiedziałem do nich.
- Muszę go opatrzyć. Ta rana źle wygląda...
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć - szepnął groźnym tonem jeden z Cyganów.
- Zależy nam na pańskim milczeniu! Przyjrzałem mu się dokładnie.
- Zależy nam na pańskim milczeniu! Przyjrzałem mu się dokładnie.
- Tutaj ja rządzę - odparłem.
- Dla nas rządzi wuj! - odparował Cygan, wskazując na starca. Nic już nie mówiąc, poprowadziłem go do gabinetu zabiegowego. Choć był wycieńczony, bo stracił wiele krwi, wytrzymał operację. Nieznajomy Cygan leżał w szpitalu jeszcze przez dwa tygodnie. Przez cały ten czas na korytarzu siedzieli jego ziomkowie. Czuwali i płakali. Kobiety służyły przy jego łóżku, nie dopuszczając doń pielęgniarek. Wszyscy mówili o nim „wuj" albo szepcąc „król". Kilkakrotnie zastanawiałem się, czy nie zawiadomić milicji o całym zdarzeniu. Ale jednak tego nie zrobiłem... Kiedy starzec poczuł się już lepiej, poprosił mnie do siebie.
- Za pomoc i opiekę dziękuję -powiedział - ale za pańskie milczenie mam do spłacenia honorowy dług. Proszę przyjąć to na szczęście - mówiąc to, zdjął z palca wielki pierścień z czerwonym oczkiem i podał mi go.
- Za pomoc i opiekę dziękuję -powiedział - ale za pańskie milczenie mam do spłacenia honorowy dług. Proszę przyjąć to na szczęście - mówiąc to, zdjął z palca wielki pierścień z czerwonym oczkiem i podał mi go.
- Nie trzeba - odparłem.
- Ja nie przyjmuję prezentów, nie wypada. Odetchnąłem z ulgą, gdy wieczorem zabrano go ze szpitala. Kilka dni później do mojego mieszkania zapukała stara Cyganka. Bez słowa wręczyła żonie jakąś paczuszkę i odeszła. Okazało się, że był w niej ten sam złoty pierścień z czerwonym ru-binem i życzenia szczęścia zvpod-pisem „Manu". Nie byłem zadowolony z tego podarunku, ale machnąłem na niego ręką. Minęło dziesięć lat. Czasem, ot Itak dla fasonu, zakładałem na palec ów klejnot. Znajomym tłu-maczyłem, że to rodowa pamiątka. Założyłem go też w pewien listopadowy wieczór, jadąc do kolegi na partyjkę brydża. Gdy wysiadłem z samochodu przed bramą jego domu, nagle podbiegło do mnie trzech mężczyzn. Dwóch powaliło mnie na ziemię i zaczęło bić, trzeci wsiadł za kie-równicę samochodu, -Bierzcie, co chcecie, tylko nie zabijajcie! — krzyknąłem, starając się zakryć sobie twarz. W tym momencie jeden z napastników wrzasnął coś w obcym języku. Przestał też mnie bić.
- Skąd masz ten pierścień, człowieku?! - spytał po polsku.
- Ja nie przyjmuję prezentów, nie wypada. Odetchnąłem z ulgą, gdy wieczorem zabrano go ze szpitala. Kilka dni później do mojego mieszkania zapukała stara Cyganka. Bez słowa wręczyła żonie jakąś paczuszkę i odeszła. Okazało się, że był w niej ten sam złoty pierścień z czerwonym ru-binem i życzenia szczęścia zvpod-pisem „Manu". Nie byłem zadowolony z tego podarunku, ale machnąłem na niego ręką. Minęło dziesięć lat. Czasem, ot Itak dla fasonu, zakładałem na palec ów klejnot. Znajomym tłu-maczyłem, że to rodowa pamiątka. Założyłem go też w pewien listopadowy wieczór, jadąc do kolegi na partyjkę brydża. Gdy wysiadłem z samochodu przed bramą jego domu, nagle podbiegło do mnie trzech mężczyzn. Dwóch powaliło mnie na ziemię i zaczęło bić, trzeci wsiadł za kie-równicę samochodu, -Bierzcie, co chcecie, tylko nie zabijajcie! — krzyknąłem, starając się zakryć sobie twarz. W tym momencie jeden z napastników wrzasnął coś w obcym języku. Przestał też mnie bić.
- Skąd masz ten pierścień, człowieku?! - spytał po polsku.
- Dostałem w prezencie — jęknąłem. - Dał mi go Manu...
- On od kilku lat nie żyje... — odparł zawstydzony Cygan.
- Gdybyśmy wiedzieli, że masz ten pierścień, nie spotkałaby cię krzywda.
- Gdybyśmy wiedzieli, że masz ten pierścień, nie spotkałaby cię krzywda.
Aby to wyjaśnić, zawieźli mnie do domu żony Manu. Poznała mnie i kazała swym ziomkom przepraszać na kolanach.
- Podłe psy! - krzyczała.
- Nie wiecie., że rodzina Manu ma woleć tego mężczyzny dług honorowy do spłacenia?!
- O co, chodzi z tym pierścieniem? - zapytałem w końcu.
- Tylko ważny i wielki Cygan może go komuś podarować - tłumaczyła.
- Dzięki niemu spotka go wielkie szczęście. Nie wierzyłem jej, bo na razie spotkały mnie przez niego tylko same nieprzyjemności. Byłem poturbowany, więc poprosiłem, by odstawili mnie do domu. Rok później razem z żoną i zięciem czuwaliśmy w szpitalu położniczym przy mojej córce. Rodziła, lecz poród był bardzo trudny. Jej budowa anatomiczna uniemożliwiała dziecku wydostanie się na świat. Lekarze uważali, że Magda nie przeżyje cesarskiego cięcia. Naradzali się, co można jeszcze zrobić. Wszyscy baliśmy się ojej życie... W pewnym momencie na korytarzu pojawiła się stara Cyganka. Próbowano ją przegonić, ale nadaremnie. Od razu rozpoznałem w niej żonę starego Manu.
- Podłe psy! - krzyczała.
- Nie wiecie., że rodzina Manu ma woleć tego mężczyzny dług honorowy do spłacenia?!
- O co, chodzi z tym pierścieniem? - zapytałem w końcu.
- Tylko ważny i wielki Cygan może go komuś podarować - tłumaczyła.
- Dzięki niemu spotka go wielkie szczęście. Nie wierzyłem jej, bo na razie spotkały mnie przez niego tylko same nieprzyjemności. Byłem poturbowany, więc poprosiłem, by odstawili mnie do domu. Rok później razem z żoną i zięciem czuwaliśmy w szpitalu położniczym przy mojej córce. Rodziła, lecz poród był bardzo trudny. Jej budowa anatomiczna uniemożliwiała dziecku wydostanie się na świat. Lekarze uważali, że Magda nie przeżyje cesarskiego cięcia. Naradzali się, co można jeszcze zrobić. Wszyscy baliśmy się ojej życie... W pewnym momencie na korytarzu pojawiła się stara Cyganka. Próbowano ją przegonić, ale nadaremnie. Od razu rozpoznałem w niej żonę starego Manu.
- Przyszedł czas spłaty długu wdzięczności... - szepnęła mi do ucha. - Ja ją uratuję!
Mimo protestu lekarzy pewnym krokiem weszła na salę porodową. Wyjęła przy rodzącej dwa płaskie, zielone kamienie, które wyglądały tak, jakby wydzielały światło. Jeden z nich położyła córce na czole, drugi zaś tarła w dłoniach. Miała zamknięte oczy i coś szeptała. Trwało to kwadrans. Nagle wyprostowała się — jakby obudziła się ze snu.
- Zaraz panienka urodzi piękną córeczkę - powiedziała, schowała kamienie i bez pożegnania skierowała się w stronę wyjścia. Stało się tak, jak zapowiedziała. Kilka minut później na świat przyszła moja wnuczka. Byliśmy wniebowzięci, tym bardziej że córka poczuła się lepiej. Zastanawiałem się, skąd Cyganka wiedziała o porodzie? Kilka dni później pojechałem do jej domu. Okazało się jednak, że... umarła miesiąc temu. W jaki więc sposób znalazła się w szpitalu? Do dziś nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. A pierścień starego Manu podarowałem wnuczce. Na szczęście...
| < Poprzedni | Następny > |
|---|




