Byłam medium zmarłego malarza
Kamila L.
Po śmierci męża długo nie mogłam odnaleźć swojego miejsca. Wspólnie przeżyte dwadzieścia pięć lat pozostawiło trwały ślad w mej duszy. Postanowiłam sprzedać nasze M-4 i przeprowadzić się na wieś. Znalazłam dom, który od razu przypadł mi do serca. Z entuzjazmem zabrałam się za jego remont Gdy postanowiłam uporządkować strych, ku mojemu zaskoczeniu ujrzałam tam rozstawione, spróchniałe nieco sztalugi i nietknięte płótna rozpięte na błej-tramach. Pomieszczenie zostało najwyraźniej zaadaptowane na pracownię malarską. Widok tych rzeczy obudził dawne wspomnienia, kiedy to będąc nastolatką, marzyłam, aby zostać malarką.Z rozrzewnieniem zamknęłam strych i postanowiłam nie zaglądać tam więcej. Widok pracowni nie dawał mi jednak spokoju. Po kilku nieprzespanych nocach zapragnęłam spróbować swych sił. Zniosłam przed dom znalezione płótna i z niepokojem zanurzyłam pędzel w farbie. I nagle, jakbym była w malignie, moja ręka rnimowolnie zaczęła nakreślać bliżej niesprecyzowane kształty. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom — namalowałam nieznany mi zupełnie pejzaż! Pchana jakąś niewytłumaczalną siłą sięgnęłam po następne płótno. I znowu powtórzyła się ta sama historia - moja ręka jakby sama wiedziała, co ma malować. Tym razem obraz ukazywał postać starszego mężczyzny, który mierzył mnie przenikliwym spojrzeniem. Przerażona wniosłam obrazy do domu, postanawiając zamknąć je na strychu. Tego wieczora odwiedziła mnie sąsiadka. Na widok portretu starca cicho jęknęła, dodając, że pan Jerzy wygląda jak żywy.
Okazało się, że namalowany mężczyzna to poprzedni właściciel domu, niespełniony artysta. Po plecach przeszły mi ciarki - czy powstałe obrazy były więc jego dziełem?! Nie wiem, gdyż już nigdy nie sięgnęłam po pędzel.
| < Poprzedni | Następny > |
|---|




