Rodzinny talizman
Eliza Ryszowska
Przed laty dostałam od babci rodową kameę. Twierdziła, że wisiorek zawsze chronił ją przed nieszczęściami.
Kiedy babcia wręczała mi z uroczystą miną kameę przekazywaną w rodzinie z pokolenia na pokolenie, przyznam, że nie traktowałam tego specjalnie poważnie. -Asiu, pamiętaj, to nie tylko rodzinna pamiątka... - mówiła i namaszczeniem - to talizman, który od lat chroni naszą rodzinę przed nieszczęściami. Wymieniła kilka przypadków, w których wisiorek udowodnił swą magiczną siłę, ale dziś nie potrafię ich przytoczyć, ponieważ nie słuchałam uważnie. strzeż go i nie oddawaj nikomu, bo sprowadzisz na siebie nieszczęście - przestrzegła mnie jeszcze, a ja zapewniłam, że oczywiście zastosuję się do tego. Gdy po wizycie u babci wróciłam do domu, zapomniałam o biżuterii. Dopiero po kilku dniach, kiedy wypakowałam wszystko z torebki, natrafiłam na małe, obite aksamitem pudełeczko. Ponieważ bardzo spieszyłam się do pracy, wrzuciłam je do którejś z szuflad komody i popędziłam na przystanek. Rodzinna pamiątka przeleżała w komodzie kilka lat. Przypomniałam sobie o niej za sprawą mojego synka. Kacperek był ruchliwym i ciekawskim dzieckiem. Penetrowanie szuflad należało do jego ulubionych zajęć.
- Pani Asiu, proszę zobaczyć, co Kacperek znalazł dzisiaj w komodzie! - tymi słowami przywitała mnie któregoś dnia opiekunka, gdy wróciłam z pracy. Była to zaprzyjaźniona z naszą rodziną starsza pani, której bez obaw powierzałam moje dziecko. - O mało nie zrzucił sobie szuflady na nogę. Całe szczęście, że zdążyłam do niego dobiec... Ale proszę zobaczyć, co tu mam. Dziwię się, że taką cenną rzecz trzyma pani razem z bezwartościowymi rupieciami. Przejęta pani Stasia pokazała mi pudełko z kameą babci. - Wie pani - powiedziała - pamiętam, że moja mama nosiła taką samą, no może bardzo podobną. Niestety, gdzieś przepadła. Zresztą wie pani, jak to było w czasie wojny. Poza paroma zdjęciami nie mam po mamie żadnych pamiątek... Zrobiło mi się żal pani Stasi i w przypływie współczucia zaproponowałam, że podaruję jej rodzinny klejnot. Wtedy jeszcze niestety nie przywiązywałam wagi do tradycji. Przypomniałam sobie też o przestrodze babci, ale traktowałam ją z przymrużeniem oka. Uznałam, że wisiorek sprawi radość pani Stasi, a mnie nie był do niczego potrzebny. Przecież i tak nigdy nie miałam zamiaru go nosić...
- Ależ nie, nie mogę, to rodzinna pamiątka - wzbraniała się opiekunka, lecz w końcu uległa i z namaszczeniem włożyła aksamitne pudełeczko do torebki. Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Odczuwałam jakiś dziwny niepokój, zresztą Kacperek co chwilę budził się i wołał mnie. Na początku myślałam, że jest niespokojny z powodu drastycznej bajki, którą obejrzał w telewizji, ale gdy przytuliłam go do siebie, poczułam, że ma rozpalone czoło. Zmierzyłam synkowi temperaturę i wpadłam w popłoch - termometr wskazywał blisko 40 stopni! Od razu podałam mu środek przeciwgorączkowy i resztę nocy spędziłam, czuwając przy nim i zmieniając zimne kompresy. Gorączka niestety nie spadła i z samego rana wezwałam lekarza. Doktor zbadał małego i stwierdził, iż musimy czekać, bo poza temperaturą nie widzi żadnych innych objawów choroby. Sugerował, że należałoby wziąć małego do szpitala na obserwację, ja jednak upierałam się, by został w domu. Następną noc znowu spędziłam przy łóżeczku dziecka. Dopiero nad ranem, gdy po podaniu lekarstw w końcu temperatura odrobinę się obniżyła, zapadłam w niespokojny sen... Kiedy się obudziłam, od razu poczułam, że coś jest nie w porządku. „Mało ostatnio spałam", pomyślałam. „Pewnie jestem przemęczona." Tylko dlaczego jakoś dziwnie bolały mnie palce u rąk? Wyjęłam dłonie spod kołdry, żeby je obejrzeć, i oniemiałam. Pod paznokciami i na dłoniach miałam pełno jakiegoś pyłu, a w niektórych miejscach skóra była zdarta do krwi! Z przerażenia aż usiadłam na łóżku. Wtedy mój wzrok padł na naprzeciwległą ścianę. „Boże, kto ją tak zniszczył?", zdumiałam się po raz kolejny. Wstałam i przyjrzałam się dokładniej odrapanej powierzchni. Siady zadrapań układały się w wyraźny napis. „Odbierz jej kameę", czytałam, a serce waliło mi w piersiach jak oszalałe. Jeszcze tego samego dnia przerażona pani Stasia oddała mi rodzinną pamiątkę i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mój synek wyzdrowiał! Od tej pory z pietyzmem traktuję wisiorek z kameą. Znowu jestem w ciąży i USG wykazało, że tym razem urodzę dziewczynkę. Za dwadzieścia lat przekażę jej biżuterię po babci, by kultywować rodzinną tradycję...
| < Poprzedni | Następny > |
|---|




