RSS powiększ litery pomniejsz litery
astro.pl

Wróżby interaktywne

Do poprawnego wyświetlenia elementów strony, potrzebny jest plugin Flash Player.

Pobierz FlashPlayer

Stara Maryla jest w zmowie z diabłem

Cała wieś uważała, że kobieta mieszkająca w domku pod lasem to czarownica.

 

Wiedziałem, że temu nowemu księdzu nie będzie tutaj łatwo. Był młody i w dodatku z dużego miasta, co ktoś taki może wiedzieć o wsi? Postanowiłem więc pomóc mu najlepiej, jak umiałem. W końcu obiecałem to jego poprzednikowi...
-    Jak się ksiądz dzisiaj czuje? - spytałem przy śniadaniu nowego proboszcza. Ksiądz lekko się skrzywił i spojrzał na gips wystający spod sutanny.
-    Już lepiej. Ale upadku z tych schodów to długo nie zapomnę. I mówi pan, że przez lata to się nikomu nie przydarzyło?
-    Może stary proboszcz wiedział, którędy chodzić... -    mruknąłem. „I komu nie nadeptywać na odcisk", dodałem w myślach. Młody ksiądz, ledwo się u nas zjawił po śmierci starego proboszcza, zdążył się już co niektórym narazić. Oczywiście nie brakowało mu dobrej woli.
-    Trzeba te schody koniecznie naprawić i to jak najszybciej - powiedział, smarując zawzięcie chleb. - Taka piękna wieża i widok z niej jest przecież na całą okolicę. Mogłaby być atrakcją turystyczną...
Wzruszyłem ramionami. Jeśli nawet przyjeżdżali w okolice turyści, to nie do nas.
-    Można przecież ludzi namówić, żeby zakładali gospodarstwa agroturystyczne. To wielka szansa dla takiej małej i ładnej wsi - zapalił się znów nowy proboszcz. - Najpierw może niech ksiądz wyzdrowieje - poradziłem życzliwie. Nawet nie chciałem go martwić plotkami, które zaczęły krążyć w okolicy. Pewnie wcześniej czy później sam się dowie.
-    Skoro i tak na razie nie mogę za daleko chodzić, pomoże mi pan zrobić spis osób potrzebujących w gminie. Nie powinienem bezczynnie siedzieć! - stwierdził.
Po omówieniu sprawy schodów przeszliśmy więc do kancelarii. To było zdecydowanie bezpieczniejsze zajęcie. „Przynajmniej dowie się czegoś o ludziach i to w sposób niebezpośredni", pomyślałem z ulgą. Pierwszy pomysł proboszcza, aby bez zapowiedzi przejść się po wsi, wywołał powszechny popłoch, a co poniektóre kobiety poczuły się urażone, bo nie zdążyły się do wizyty przygotować.
-    Lepiej było uprzedzić. Ciasto by się upiekło, dom wysprzątało - narzekały. Siedzieliśmy więc teraz z księgami parafialnymi. Ja opowiadałem, a ksiądz słuchał i robił notatki.
-    I jest jeszcze rodzina, która mieszka w takim żółtym domu, na końcu wsi. Ona trochę na głowę jest słabowita, od dziecka taka była. Mają z piątkę dzieci, biedni, ale sobie radzą. Dobrzy ludzie, co niedziela w kościele.
-    Trzeba by dzieciom pomóc - zamyślił się ksiądz. - Może jakieś dotacje na książki?
-    To dobry pomysł - zgodziłem się.
-    I ktoś jeszcze potrzebuje wsparcia? -dopytywał się ksiądz.
-    Chyba nie - przebiegłem w myślach listę.
-    Zaraz, a ta starsza pani, co mieszka pod lasem? Raz czy dwa razy ją widziałem. Gdyby nie to, że od ponad czterdziestu lat jestem kościelnym, chyba bym brzydko zaklął pod nosem.
-    Stara Maryla? A nie, ona świetnie sama sobie radzi! - powiedziałem zdecydowanie.
-    Sama? - zdziwił się ksiądz. - Przecież to starowinka! Ile ona ma lat?
-    A będzie z dziewięćdziesiąt... osiem... -odparłem niechętnie.
-    Och, mój Boże - przejął się ksiądz. -Naprawdę?
-    Ludzie mówią, że one długo żyją - wypsnęło mi się.
-    Jakie one?
-    No, jej babka długo żyła i matka. I ona też - dodałem złowieszczo.
-    Taka długowieczna rodzina? To ciekawe... - zamyślił się ksiądz. - Jutro pójdę ją odwiedzić! Może coś jej trzeba pomóc... Co było robić?! Musiałem go przecież uświadomić, bo jak nie ja, to kto?
-    Niech ksiądz tam nie idzie! - rzuciłem.
-    Ale dlaczego?
-    Pamięta ksiądz, jak zaraz na początku rozbił ksiądz sobie samochód?
-    Pamiętam, jeszcze nie znałem tutejszych dróg - zdziwił się znowu.
-    Najpierw samochód, potem ksiądz złamał nogę, a gospodyni poparzyła się rosołem - wyliczałem, mając nadzieję, że zrozumie.
-    Rzeczywiście, zbieg nieszczęśliwych wypadków.
-    Oczywiście, ja oficjalnie w to nie wierzę jako kościelny, ale ludzie mówią...
-    Co znów mówią ludzie? - zniecierpliwił się ksiądz.
-    Że to sprawka starej Maryli. Nie spodobał się jej ksiądz i tyle, więc lepiej niech się ksiądz od niej na razie trzyma z daleka. Przejdzie jej, nie jest bardzo pamiętliwa. A starego proboszcza to nawet lubiła. Odwiedzał ją i nigdy nic mu się nie stało -  dodałem pospiesznie.
Ksiądz patrzył na mnie w milczeniu.
-    Ludzie mówią... - podjąłem, widząc, że nic nie rozumie - że tak jak jej matka
i babka Maryla jest tego... no... - jakoś mi było głupio - no tą... rozumie ksiądz? Pokręcił przecząco głową.
-    Czarownicą! - wydusiłem wreszcie. Wszystkiego się spodziewałem, ale nie wybuchu serdecznego śmiechu. Ksiądz wstał i poklepał mnie po ramieniu.
-    Panie Kazimierzu, dawno mnie nikt tak nie rozbawił, naprawdę! Ale to też pokazuje mi wagę problemu! Nie sądziłem, że takie zabobony jeszcze istnieją. Skoro jednak są i mają wielką siłę przebicia, to pora się z nimi na poważnie zmierzyć. Dwa dni później, uzbrojony w laskę, pokuśtykał pod las, choć szczerze mu to odradzałem. Starej Maryli akurat nie było
w domu, więc wizyta się nie udała. Ale to wystarczyło. Tydzień później ktoś włamał się do kościoła. Ukradł srebrny kielich, tacę i ograbił skarbonkę. Wieś zawrzała. Takiego czegoś jeszcze u nas nie było. - Wiem, jak bardzo jest wam przykro. Mnie także! Bo ktoś naruszył nasze święte miejsce - grzmiał w niedzielę ksiądz z ambony. - Miejmy nadzieję, że policja złapie sprawcę, ale nawet jeśli tak się nie stanie, pamiętajmy, że on już sam się ukarał we własnym sumieniu. Odmówmy więc modlitwę za to, aby ten człowiek opamiętał się i stał się lepszy...
-    Lepiej by go było widłami przegonić, a nie modlitwy odmawiać - mruknął ktoś niechętnie, ale na tyle głośno, żeby cały kościół słyszał.
Ksiądz albo nie usłyszał, albo postanowił całkowicie zignorować te uwagi.
-    Sami nie jesteśmy bez winy! Nie sądźmy, bo i my będziemy sądzeni! - wbił spojrzenie w parafian, którzy nagle zainteresowali się wiszącymi na ścianach obrazami.
-    Sami grzeszymy, często niby niewinnie, zwłaszcza obmawiając sąsiadów i posądzając ich o złe uczynki i intencje. Chcę tu powiedzieć jasno: tam, gdzie mieszka dobry chrześcijanin, nie ma miejsca na przesądy i zabobony. A już na pewno nie takie, które szkodzą innym! Złapałem się za głowę. Ludzie spoglądali po sobie. Oni swoje wiedzieli, a ksiądz dalej przekonywał, że nie ma żadnych czarownic i że każdy, kto tak mówi, grzeszy.
-    Młody jest, to i niedoświadczony - tłumaczył mi sąsiad po południu, gdy poszedłem na wieś rozejrzeć się, jak nastroje.
-    Ale ludzi to on zdenerwował. Przecież wszyscy wiedzą, że stara Maryla to czarownica. Jak się jej człowiek nie naraża i trzyma się z daleka, to ma spokój.
-    A co ludzie mówią? - spytałem.
-    Że dni księdza są już policzone... Wszyscy czekali więc na katastrofę, a tymczasem z warsztatu wróciło auto księdza i razem z nim przyjechał też jego kolega z seminarium, w odwiedziny.
Po wsi zaraz poszła plotka, że ksiądz sprowadził egzorcystę. Plotkę dodatkowo podkręcił fakt, że Maryla w ogóle się nie pokazywała, j akby pod ziemię się zapadła. Gdy powiedziałem to obu księżom przy kolacji, o mało z krzeseł nie pospadali ze śmiechu! Księdzu Tomaszowi, temu co przyjechał, aż łzy w oczach stanęły!
-    Pewnie nie najlepiej się czuje, biedna staruszka - powiedział potem, poważniejąc, nasz młody proboszcz. - Nie ma na co czekać, jutro zaraz z rana tam pójdziemy. Następnego dnia zastukaliśmy do domu starej Maryli. Nikt nam nie odpowiedział, ale gdy ksiądz pchnął drzwi, otworzyły się ze zgrzytem, przez który dreszcz mnie przeleciał. Przeżegnałem się ukradkiem, żeby złe odegnać, a ksiądz odważnie wkroczył w ciemną sień i przeszedł dalej. I za chwilę stamtąd wyskoczył jak oparzony!
-    Co się stało? - przestraszyłem się.
-    Dzwoń na pogotowie! - zawołał do księdza Tomasza.
-    Nie mam zasięgu! - jęknął jego przyjaciel, nerwowo zerkając na komórkę.
-    Wobec tego chodź i mi pomóż - rzucił. - Zabierzemy staruszkę na plebanię, a po drodze zadzwonimy na pogotowie. Ona ledwo żyje... Księża szybko się uwijali. Maryla była mała i drobna, a owinięta w koc ważyła nie więcej niż dziecko. Ledwo oddychała...
Niósł ją ksiądz Tomasz, wysoki, postawny, za nim kuśtykał nasz proboszcz z komórką w ręce, a na końcu szedłem ja. I tak przedefilowaliśmy przez całą wieś, budząc grozę i zdumienie. Potem nadjechała karetka. Maryla została umieszczona na noszach. Proboszcz pojechał z nią do szpitala.
-    No i na co się tak, ludzie, gapicie! - ksiądz Tomasz zwrócił się gniewnie do mieszkańców wioski zebranych przed plebanią. Chyba większość wsi przybiegła zobaczyć, co się dzieje! - Lepiej byście poszli do domu
i zastanowili się, jak pomóc tej kobiecie. Przecież ona ledwo żyje, jej domek się wali, a wy zamiast zachowywać się jak dobrzy sąsiedzi, oskarżacie ją o jakieś bzdury!
-    Ale ona ze złym trzyma! - rzucił ktoś.
-    Dowody! - zażądał ksiądz Tomasz.
-    Krowa zdechła! Maryla koło niej przechodziła, gadała coś i krowa zdechła!
-    Widzieliście to?
-    No nie, to się jeszcze stało, zanim się urodziłem. Ciotka mi mówiła!
-    Czyli pomówienia - podsumował ksiądz Tomasz. - Kto z was sam widział, jak Maryla zrobiła coś złego? Ale na własne oczy i sam odczuł tego skutki? Zapadło milczenie. Ja też gorączkowo przeszukiwałem pamięć, ale... niczego sobie nie przypomniałem.
-    Gdy człowiek jest samotny, to z kim ma rozmawiać?
-    spytał jeszcze ksiądz Tomasz. - Pewnie z Bogiem i z samym sobą. A w tym nie ma nic złego. To tylko smutne jest. Dookoła ludzie, a ta biedaczka nie miała do kogo ust otworzyć!
-    Ksiądz ma rację - powiedziała Kaśka, córka sołtysa. - Młodzież to już od dawna w takie głupoty nie wierzy - ciągnęła, ignorując piorunujące ją spojrzenia.
-    To dobrze! - ucieszył się ksiądz Tomasz.
-    Dlatego ty zorganizujesz grupę do zadań specjalnych. Pani Maryla pewnie długo będzie w szpitalu, ale jak wróci, musi mieć odpowiednie warunki i dobrych sąsiadów. No, to z Bogiem i bierzmy się do roboty!
I zamknął za sobą dość stanowczo drzwi plebanii. Ludzie zaczęli się rozchodzić, wymieniając ostatnie komentarze. Słychać było, że ksiądz zasiał w nich zwątpienie.
-    Widać, że egzorcysta - powiedział ktoś.
-    Ma gadane!
-    Może i ksiądz ma rację? Z bliska na taką złą to ona nie wygląda... - dodał ktoś inny. Sytuacja zaczęła się zmieniać. Młodzież ruszyła pomagać naszemu proboszczowi i księdzu Tomaszowi. I powoli, powoli ludzie przekonali się, że żadne złe moce nie mieszkają w skromnym domku starej Maryli. Jeszcze do tego policja złapała złodzieja, który okradł nasz kościół. To ostatecznie przekonało najbardziej zawziętych niedowiarków!
A kiedy Maryla wróciła ze szpitala, to sąsiedzi przywitali ją jak należy. Łzy wzruszenia stanęły staruszce w oczach, gdy zobaczyła wysprzątaną chatkę i naprawiony płot. Pogłaskała po twarzy naszego proboszcza i pobłogosławiła go znakiem krzyża. To przesądziło sprawę.
Oczywiście wciąż nie brakuje takich, co twierdzą, że to nie szpital i powrót do zdrowia odmienił Marylę, ale egzorcyzmy odprawione przez księdza Tomasza. Niech im będzie! Na głupotę ludzką nic nie poradzisz! Maryla skończy w tym roku dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku cała wieś będzie się bawić na jej setnych urodzinach.


 


Kontakt · Regulamin · Wymagania techniczne · Reklama · Wróżki SMS · Mapa strony · Partnerzy

© 2000-2009 Wydawnictwo Phoenix Press. Wszystkie prawa zastrzeżone
Projekt i realizacja: slyks.pl