Ostatnia wola babci
Tomasz Buczaj
Spadek okazał mię ogromnym utrapieniem dla naszej rodziny. Złośliwy duch odstraszał potencjalnych nabyców domu.
Odziedziczyłem po babci domek na wsi. Domek, choć wiekowy, byt w dobrym stanie, położony w pięknej okolicy Jednak spadek wcale mnie nie ucieszył. Mieszkałem w du-żym mieście, ponad sto kilometrów od rodzinnej wioski babci. Odpowiadał nii wielkomiejski zgiełk i nie chciałem nigdzie się przeprowadzać. Podobnie moi rodzice, którzy byli jeszcze aktywni zawodowo. Wszystko więc przemawiało za sprzedażą „rodzinnego majątku". Istniał tylko jeden problem... Babcia była bardzo przywiązana do tego domu. Tam się urodziła, wychowała i nie chciała, by jej ukochany dom przeszedł w obce ręce.
- Obiecaj, że go nie sprzedasz - prosiła mnie tuż przed śmiercią.
Wiedziałem już wtedy, że jest cieżko chora. Jedyne więc, co mogłem zrobić, to przyrzec, że , dom pozostanie w rodzinie. Zawsze uważałem, że obietnica jest rzeczą świętą i trzeba jej dotrzymać, jednak okazało się, że nie jest to wcale takie łatwe. Staraliśmy się, aby ktoś z rodziny przyjeżdżał do domu w. każdy weekend. Nie zawsze było nam to na rękę, lecz i tak najczęściej wsiadaliśmy do samochodu i jechaliśmy na wieś. Szybko przekonaliśmy się, że dom nie może pozostać nie zamieszkany - niemal za każdym razem czekała nas przykra niespodzianka. Raz było to włamanie, innym razem zastaliśmy powybijane szyby, kiedy indziej znów ktoś wysypał śmieci na podwórko. Po którymś z kolei incydencie zwołaliśmy rodzinną naradę i ustaliliśmy, że dom jednak musimy sprzedać. Daliśmy ogłoszenie do gazety i czekaliśmy na kupców. Następnego dnia po ukazaniu się anonsu zadzwonił jakiś mężczyzna. Umówiłem się z nim na najbliższą sobotę. Przyjechał razem z żoną. Zauważyłem, że okolica przypadła im do gustu.
- Tutaj jest prawie jak w raju - powiedział mężczyzna.
Dom również im się spodobał. Na koniec zapragnęli jeszcze zobaczyć piwnicę, więc zeszliśmy na dół. Kiedy już byliśmy na .schodach, nagle z hukiem zatrzasnęły się drzwi. Co gorsza, nie dały się otworzyć, jakby ktoś przytrzymywał je z drugiej strony. Mocowałem się z nimi przez dobre kilka minut. Kiedy w końcu puściły i wyszliśmy na zewnątrz, kobieta, która przez cały czas ściskała rękę swojego męża, powiedziała tylko:
- To my się jeszcze zastanowimy i zadzwonimy do pana - niemal siłą wepchnęła małżonka do samochodu i odjechali... Kolejnym potencjalnym kupcem było młode małżeństwo z malutkim dzieckiem.
- Mamy dosyć dużego miasta. Chcemy, by nasz synek wychowywał się na wsi - mówili. -Przyjechali późnym wieczorem, już po zmroku. Usiedliśmy w pokoju stołowym. Zaproponowałem gościom herbatę, później mieliśmy obejrzeć dom. Byliśmy pochłonięci rozmową, kiedy nagle zgasło światło. Siedzieliśmy przez chwilę w zupełnych ciemnościach, po czym w sąsiednim pomieszczeniu wyraźnie dały się słyszeć czyjeś kroki.
- Czy jest tu ktoś oprócz nas? - szeptem spytała kobieta.
- Nie, to tylko skrzypią deski na strychu - odpowiedziałem najspokojniej, jak umiałem, choć włos jeżył mi się na głowie. Jak na zawołanie ich roczny syn dostał napadu histerii: Prawie wybiegli z domu, rzucając na pożegnanie, że przemyślą jeszcze sprawę kupna. Gdy odjechali, światło zabłysło na nowo. „Czy to możliwe, by babcia przeszkadzała nam w sprzedaży domu?", pomyślałem. Wszystko wskazywało na to, że tak bvło... Nie ponowiliśmy już ogłoszenia. Rozważaliśmy jeszcze możliwość wynajęcia domu. Jednak gdy pomyśleliśmy, w jaki sposób babcia mogłaby demonstrować swoje niezadowolenie, szvbko porzuciliśmy ten zamiar.
W końcu staruszka postawiła na swoim i jej majątek pozostał w rodzinie. Moi rodzice przeszli na emeryturę i zapragnęli zamieszkać w cichej i spokojnej okolicy...Domek babci okazał się dla nich wprost idealny. Mieszkają na wsi już od dwóch lat, uprawiają przydomowy ogródek i twierdzą, że są zadowoleni z życia jak nigdy dotąd.
| < Poprzedni | Następny > |
|---|




