Zaufałam swoim przeczuciom
Wiktoria T.
Dzięki temu, że zawierzyłam swojej intuicji, uniknęłam śmierci.
Obudziłam się pełna obaw i niepokoju. Nie pamiętałam dobrze, i co mi się śniło, ale na pewno nie było to nic przyjemnego. Z dziwnymi przeczuciami udałam się do pracy. Na szczęście ś nie wydarzyło się tam nic niezwykłego. Razem ze swoim chłopakiem wybieraliśmy się wieczorem do znajomych na imieniny. Intuicyjnie czułam, że nie powinnam nigdzie wychodzić. Przed osiemnastą przyszedł Marek. Jeszcze nie gotowa? -popatrzył na mnie zdziwiony.
- Czy coś się stało? Źle się czujesz? - spytał.
- Nie... Wszystko jest porządku. Ale wiesz, jakoś nie mam ochoty dzisiaj wychodzić... Może zostaniemy w domu? -spytałam niepewnie.
- Obiecywaliśmy przecież Marcie i Piotrowi, że na pewno będziemy! -Marek był zawiedziony.
- To nie w porządku! Co mam im powiedzieć?
- Nie wiem, może, że nagle zachorowałam...
- Chodź, proszę. Zobaczysz, że będziesz się świetnie bawić - nalegał.
Wiedziałam, że bardzo mu na tym zależy. Nie chciałam go rozczarować... Założyłam pierwszą z brzegu sukienkę i wyszliśmy. Przy samochodzie zauważyłam, że nie mam swojej torebki.
- Zapomniałam torebki! Zaraz wracam! - powiedziałam i wróciłam do mieszkania. Mój niepokój powrócił ze zdwojoną siłą. „Powrót zwiastuje nieszczęście...", pomyślałam. W nocy ten sen, a teraz jeszcze to.
- Nigdzie nie idę - powiedziałam, gdy wróciłam do Marka.
- Ale o co ci chodzi?! -popatrzył na mnie zdenerwowany. - Przecież świetnie wyglądasz, masz już też swoją torebkę... Chciałam mu to wszystko jakoś wyjaśnić.
- Marek, nie jedźmy.
Mam złe przeczucia. Proszę, zostańmy w domu - nalegałam. Popatrzył na mnie i popukał się w czoło.
- Moim życiem nie rządzą głupie przeczucia! - powiedział, po czym nagle wsiadł zdenerwowany do auta i odjechał z piskiem opon. Wróciłam do domu. Mój niepokój narastał. Po pół godzinie zadzwoniłam do znajomych.
- Cześć, Marta, przepraszam, ale nie przyjdę do was. Źle się czuję. Marek pewnie już to przekazał, chciałam jednak osobiście złożyć ci życzenia.
- Marka jeszcze nie ma - przerwała mi Marta.
- Jak to? Powinien już dawno u was być... -Oblał mnie zimny pot. Nerwowo odłożyłam słuchawkę. „Coś się stało...", pomyślałam przerażona. Przed oczami przemknęły mi tragiczne wizje. Tknięta strasznym przeczuciem zaczęłam dzwonić po szpitalach. Okazało się, ża Marek leży w jednym z nich. Miał wypadek. Na szczęście jego życiu nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo. Na miejscu dowiedziałam się, że Marek przeżył tylko dlatego, że siedział za kierownicą. Ewentualny pasażer nie miałby żadnych szans. Uświadomiłam wtedy sobie, że to ja miałam być właśnie tym pasażerem...
| < Poprzedni | Następny > |
|---|




